wyszukiwanie zaawansowane

Klimczak-Dobrzaniecka Alicja – X Park...

Alicja Klimczak-Dobrzaniecka
X Park Sztuki – Zamek Kliczków

Recenzja

Jak pokazuje historia sztuki, wspólne formy bytowania artystów zawsze stanowiły interesujący temat, równie ciekawy jak sama twórczość, a niekiedy nawet bardziej. Perypetie bohemy paryskiej z pierwszej połowy XX wieku, czy też artystycznego światka w powojennym Nowym Jorku to najbanalniejsze przykłady, jednak niezaprzeczalnie wtopiły się one w, nie bójmy się użyć tego sformułowania, popkulturowy wymiar sztuki. Weszły w niego na tyle głęboko i na stałe, że można pokusić się o tezę, że spora część konsumentów wystaw twórczości ubiegłego stulecia przychodzi na nie właśnie zanęcona atrakcyjnym klimatem okołoartystycznym. Nic w tym zdrożnego. Sztuka to soczewka, przez którą patrzymy na realny świat, ale życie artystów naznaczone przez romantyczne legendy, jawi się niemalże jako żywot wybrańców. Niekonwencjonalny, pełen emocji, niezwykły, może nawet nieco utracjuszowski. 

Powyższe wywody są oczywiście nieco przesadzone, ale jest rzeczą zupełnie naturalną, że oprócz dzieła czy też procesu jego powstawania istotny poznawczo jest pewien klimat – czy to chwili, czy też, bardziej górnolotnie, epoki. On tworzy kontekst dzieła, który być może nie ma znaczenia tu i teraz, lecz składa się na historyczne tło, które uwidoczni się w bardziej odległej perspektywie czasowej. Doskonałym tego przykładem jest plener. 

Odkąd lekkie sztalugi i farby w tubkach upowszechniły się, wspólne tworzenie w otoczeniu natury stało się popularną praktyką, najpierw pośród malarzy, a później wśród artystów tworzących w innych mediach. Bez plenerów nie byłoby szkoły barbizońskiej czy od dekad wielbionego przez publiczność impresjonizmu. Pozornie najbardziej wdzięcznymi technikami do realizacji w plenerze są takie, które nie wymagają wielu narzędzi, nie są absorbujące, ani angażujące logistycznie. Stąd przede wszystkim długa historia malarstwa (i siłą rzeczy rysunku) plenerowego. Jednak i dla artystów działających w innych mediach plenery okazały się być dobrą okazją do realizacji nowych rzeczy, jak na przykład dla rzeźbiarzy, którzy nierzadko wyjeżdżali do ośrodków kamieniarstwa, zapewniających wybór materiału oraz nieograniczone możliwości jego opracowywania. Dziś, rzecz jasna, ograniczenia w zasadzie nie istnieją. Wszystko okazuje się być tak naprawdę kwestią odpowiedniej logistyki i możliwości, jakie daje infrastruktura otoczenia. 

Sztuka czasów PRL-u rozgrywała się w anturażu plenerów i sympozjów pod mecenatem państwa. Ten chyba trochę niedoceniany obecnie model funkcjonowania środowiska artystycznego jest jednym z najważniejszych rozdziałów w polskiej historii sztuki, czego najlepszym przykładem są plenery w Osiekach. Organizowane corocznie w latach 1963-1981 skupiały artystów awangardy i stały się przestrzenią manifestacji nowych tendencji w sztuce. Z imprezą mniej lub bardziej trwale związane były nazwiska klasycznych już twórców oraz teoretyków, m.in. Henryk Stażewski, Jerzy Ludwiński, Stanisław Fijałkowski, Tadeusz Kantor, Maria Pinińska-Bereś, Jerzy Bereś, Wanda Gołkowska, Jan Chwałczyk. Plenery w Osiekach stały się swoistym festiwalem sztuki, z bogatym programem obudowanym licznymi spotkaniami teoretycznymi, prezentacjami, wystawami. Nosiły także znamiona interdyscyplinarności, łącząc różne dziedziny nauki i kultury, a więc niejako inicjowały praktyki, które dziś jeszcze nie zawsze są oczywistością. Edycja z 1967 roku stała się manifestacją happeningu i sztuki akcji. Poruszenie problemu fizycznej (nie)obecności dzieła oraz zagadnienia performatywności wprowadziło w tradycyjne wyobrażenie o plenerze trochę fermentu. Nagle stał się on swoistym laboratorium dla mediów nietradycyjnych. To oczywiście tylko skromne przykłady ilustrujące bogate dzieje spotkań polskich artystów pod gołym niebem; lista jest znacznie dłuższa. 

Jaki zatem jest obecny status plenerów? Cóż, zdaje się, że obecnie jest to zupełnie niedoceniana forma aktywności twórczej. Nosi znamiona „starych czasów”, poprzedniej epoki, do której nikt nie chce wracać. Być może trochę kojarzy się z okresem studiów na uczelniach artystycznych, kiedy to trzeba było odhaczać wyjazdy plenerowe wieńczące rok akademicki. Jeżeli chodzi o plenery nie związane z procesem kształcenia, dominują wyjazdy skierowane do kadry naukowej organizowane przez uczelnie, plenery ZPAP czy skupiające lokalnych artystów, przy czym te ostatnie są często półprofesjonalnymi inicjatywami. Szkoda. W intensywnie dziejącej się i przepełnionej bodźcami współczesności plener ma szansę stać się chwilową oazą spokoju. Daje możliwość czasowej alienacji, a jednocześnie bardziej klasycznej formy współbycia przez chwilę z innymi ludźmi. Istnieje całe spektrum możliwości, jakie daje plener. Kto powiedział, że musi się odbywać w malowniczym wiejskim otoczeniu? W końcu „spokój” nie musi automatycznie oznaczać ucieczki w przyrodę. Może to być duże miasto. Można zapraszać teoretyków, twórców innych dziedzin, organizować wycieczki problemowe, mini-wystawy, dyskusje, spotkania... To jest nieograniczone pole popisu dla kuratorów i organizatorów. 

Plener „Park Sztuki – Zamek Kliczków”, którego organizatorem jest wrocławski Związek Polskich Artystów Plastyków w tym roku obchodził swoją 10. edycję. Pierwsze dwa spotkania prowadzone były przez Witolda Liszkowskiego, zaś od ośmiu lat funkcję kuratora pełni Krystyna Szczepaniak. Corocznym miejscem spotkań twórców jest okazały Zamek w Kliczkowie wraz z przyległościami, m.in. stadniną i wyjątkowym cmentarzem dla koni. Miejscowość położona jest w pobliżu Bolesławca oraz nieopodal granicy z Niemcami. Usytuowanie stwarza różne możliwości turystyczne, na czele ze zwiedzaniem jednego z największych w kraju ośrodków ceramiki. 

Plenery kliczkowskie można określić mianem kuratorskich. Są to jednak spotkania o formie bardzo otwartej. Ich finalnym zamierzeniem jest co prawda prezentacja prac poplenerowych, jednak przebieg samego pleneru nie ma ściśle określonych ram, jego konstrukcja jest raczej swobodna - artyści po prostu są. W imprezach biorą udział twórcy działający w wielu mediach, chociaż pierwotnie były one skierowane do malarzy. Poza okazjonalnymi gośćmi z ościennych krajów raczej skupiają środowisko wrocławskie, jednak lista nazwisk daleka jest od jakiejkolwiek powtarzalności „miejskich” konstelacji znanych z wystaw czy od kopiowania układów już znanych. Kuratorka interesująco miesza pokolenia, czasem zestawia profesora i byłych uczniów, niekiedy szuka wspólnego mianownika generacyjnego, pokazuje artystów spoza kręgu ASP i ZPAP, którzy mają mniejsze szanse prezentacji, zaprasza rokujących absolwentów, pary twórców itd., by za każdym razem przyjrzeć się wynikom takich układanek. To bardzo subtelna ingerencja kuratorska, bo zakłada odpowiednie rozstawienie zawodników na boisku, a to jak się potoczy gra będzie niespodzianką. 

W tegorocznej, jubileuszowej edycji „Parku Sztuki” wzięło udział dwunastu artystów: Alicia Czerniak, Elżbieta Janczak-Wałaszek, Krzysztof Wałaszek, Małgorzata Kazimierczak, Anna Klimczak-Dobrzaniecka, Andrzej Klimczak-Dobrzaniecki, Anna Marchwicka, Marek Marchwicki, Anna Nosowicz-Ruiz, Jarosława Pabich-Szmyt, Krystyna Szczepaniak oraz Anna Zawalińska, a więc twórcy w większości zajmujący się malarstwem, lecz także ceramiczka, projektantka szkła oraz artystka intermedialna. W dużej mierze to grono dojrzałych artystów, o ustalonej renomie, aktywnie budujących obraz sztuki wrocławskiej od lat, uzupełnione obiecującymi malarkami kilka lat lub tuż po dyplomie oraz dwiema artystkami mieszkającymi na stałe w Hiszpanii. 

Bardzo interesującym punktem pleneru jest obecność tegorocznej dyplomantki, Jarosławy Pabich-Szmyt. Malarka pracuje w tradycyjnej konwencji pejzażu, która na tle całego spektrum postaw i rozwiązań malarskich obecnych pośród uczestników pleneru wydaje się być bardzo oryginalnym rozwiązaniem. To – zamierzone bądź nie – bardzo klasyczne podejście do tematu pleneru jest jednocześnie wyjątkowe. Zwrot ku tradycji staje się niemalże awangardowym posunięciem.

O ile ciężko i raczej bezcelowo jest odnajdywać cechy wspólne w realizacjach osób biorących udział w jednym plenerze, to trudno w tym wypadku nie zauważyć pewnej ciekawostki. Mianowicie u Andrzeja Klimczaka-Dobrzanieckiego, Krystyny Szczepaniak, Anny Zawalińskiej oraz Krzysztofa Wałaszka pojawia się motyw powielania – czasem są to ludzkie głowy, przedmioty codziennego użytku, motywy graficzne, moduły czy formy abstrakcyjne. Absolutnie nie należy doszukiwać się tutaj formalnego podobieństwa, wszak każdy z twórców podąża dość ostro wytyczoną już przed laty ścieżką. Jednakowoż prace wchodzą w ciekawy dialog ze sobą, a dodatkowo nabierają wyjątkowego kontekstu, gdyż powstały w pobliżu stolicy powielanych motywów, czyli manufaktury bolesławieckiej. W tym zestawieniu chyba skrywa się ten nieintencjonalny aspekt plenerów, czyli zaskoczenie, pojawienie się nieoczywistych – czasem wręcz banalnych – poziomów relacji między pracami. 

Z drugiej strony, spotkanie artystów w tak silnie sprofilowanym turystycznie i rzemieślniczo regionie ujawnia małe przewrotności. Oto jedyna ceramiczka w grupie, Elżbieta Janczak-Wałaszek, przyznaje się, że nie lubi ceramiki bolesławieckiej. I chociaż nie jest to żaden manifest artystyczny, to takie oświadczenie niesie pewne znamiona buntu czy też wyznania wbrew okolicznościom. 

Małgorzata Kazimierczak oraz Marek Marchwicki nawiązali do miejsca, rozumianego jako przestrzeń historyczna oraz wypełniona symboliką, przenosząc zabytkowe czy umuzealnione jej fragmenty w wymiar bardziej współczesny, zarazem przypominając ich uniwersalną siłę. Z kolei Anna Klimczak-Dobrzaniecka przywołuje klimat otoczenia (być może plenerowego, ale niekoniecznie) za pomocą charakterystycznych dla swojej twórczości, wyizolowanych ze świata zewnętrznego szklanych pejzaży, które niekiedy są zamknięte pod kloszem jak muzealne artefakty.

Abstrakcyjne formy pojawiają się w pracach Alicii Czerniak, która zdaje się traktować płótno jako pole wyznaczające ramy dla trudnej do okiełznania ekspresji malarskiej. Z kolei abstrakcyjne kompozycje Anny Nosowicz-Ruiz przybierają bardziej ustrukturyzowaną formę, a jednocześnie w warstwie formalnej odnoszą się do pojemnego nurtu spadkobierców wrocławskiego koloryzmu. Anna Marchwicka stosuje niefiguratywne kompozycyjne powtórzenia czy nawiązania do charakterystycznych dla swojej twórczości układów, realizując je w różnych technikach – ceramice, malarstwie na płótnie czy „kolażowym”, powstałym z zestawienia różnych materiałów.Powyższe refleksje na temat okołoplenerowych realizacji artystów to ledwie maleńki ułamek tego, co faktycznie reprezentuje ich twórczość. Być może sami artyści nie zgodzą się z rzeczonymi uwagami. Celem ich jednak było uzmysłowienie, na jak wielu poziomach – dzięki plenerowym konstelacjom – uruchamia się narracja o sztuce, a przede wszystkim o ludziach, którzy ją tworzą. Nagle niemalże przypadkowa i efemeryczna współobecność w jednym miejscu tworzy nowe konteksty, podobieństwa, przewrotności czy spory. Niekiedy wydobycie pozornie nieistotnych czy wręcz banalnych (niegodnych) cech dzieła uwalnia zupełnie nową optykę. Nie bez znaczenia jest też zagadnienie prezentacji prac jeszcze w trakcie trwania, czy też pod koniec pleneru. Sztuka pozbawiona domyślnie idealnej dla celów wystawienniczych przestrzeni typu white cube zaczyna wchodzić w silne relacje z otoczeniem pozornie nie przeznaczonym do prezentacji artystycznych. Otwiera się spektrum nowych możliwości odczytywania twórczości, która zyskuje szansę na świeży sposób odkrywania, niemożliwy do zastosowania w rzeczywistości galeryjnej.

Wrocław 2018